Leszek Stafiej

Asfalt czy białe niedźwiedzie

Goście – dwaj biznesmeni z Warszawy oraz ich żony – siedzieli w jadalni. Przed chwilą skończono obfi tą kolację. Na stole zostało wino i sery. Gospodarz dorzucił do kominka kilka dębowych polan. Ogień najpierw przygasł spłoszony, liznął je nieufnie, w końcu rzucił się na nie łapczywie. Fala ciepła rozlała się po pokoju. Za oknem ustał wreszcie drobny, gęsty śnieg, który padał od rana i zasypał wszystkie zaparkowane na dziedzińcu luksusowe marki samochodów tak, że wszystkie wyglądały jednakowo. Świecił jasny księżyc i ściskał ostry mróz. Podobno w taką pogodę zwierzęta z pobliskich łęgów i starego lasu podchodzą blisko, prawie pod same okna. Goście żartowali, że chętnie zaproszą je do środka. Tymczasem zabawiali się rozmową. Gospodarz – w średnim wieku i pogodnego usposobienia – też był kiedyś miejskim biznesmenem. Ale oszukał go wspólnik, więc przeprowadził się w Dolinę Bugu. Wziął kredyt, zbudował duży dom i teraz prowadzą tu z żoną pensjonat. Rozmowa dotyczyła zalet i wad wiejskiego życia. Goście perorowali, gospodarz słuchał.
czytaj więcej »

Archiwum

Numer 2 / 2012

  • Asfalt czy białe niedźwiedzie