Ludzie

Elżbieta Dzikowska: Z uśmiechem przez świat i Polskę

O pasji podróżowania i pisania oraz pokazywaniu rodakom świata i Polski opowiada podróżniczka Elżbieta Dzikowska.

Urodziła się Pani w Międzyrzecu Podlaskim, tam spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. O międzyrzeckim okresie Pani życia tak naprawdę wiadomo jednak niewiele.

Elżbieta Dzikowska: Po ukończeniu liceum, kiedy miałam 16 lat, opuściłam rodzinne strony i wyjechałam na studia do Warszawy. Moja rodzina wywodzi się z Podlasia. Ojciec był nauczycielem, został aresztowany przez Niemców w Międzyrzecu Podlaskim i rozstrzelany na Zamku Lubelskim. Miasto było w połowie żydowskie, o czym wiem już tylko z lektur i opowiadań babci, która ukrywała dwóch Żydów. Jeden z nich był zamożnym fabrykantem, drugi, Josek, biedakiem, tak wielkim, że w jego domu zapałkę się dzieliło na czworo, a w czasie szabasu dla całej rodziny musiał wystarczyć jeden śledź, nim musieli się wszyscy najeść. Zawsze zastanawiałam się, po co babcia chowa kozę, a to właśnie ta koza dawała mleko ukrytym w piwnicy Żydom.

Międzyrzec Podlaski był niegdyś miastem wielu wyznań…

Tak, przed wojną zamieszkiwali w nim wyznawcy wielu religii: katolicy, prawosławni, może jeszcze unici. Nawet właściciel Międzyrzeca książę Stefan Zbaraski urodził się jako prawosławny, potem zmienił wyznanie i przeszedł na kalwinizm, a umarł jako katolik. Ciekawe, że tych władców Międzyrzeca było wielu, dodatkowo pochodzili oni z bardzo możnych, światłych, arystokratycznych rodzin, a w mieście nie pozostało po nich nic wielkiego. W Białej Podlaskiej wybudowali imponujący pałac, piękny kościół, w Radzyniu przecudowny pałac rokokowy, a w Międzyrzecu też pałac, ale nadzwyczaj skromny. Kiedyś podobno były w nim kolekcje sztuki najprzedniejszych artystów świata, dzieła Leonarda da Vinci, Rafaela, Rubensa, Tycjana, El Greca, ale gdzie one przepadły, tego niestety nikt nie wie. Dziś pozostały tylko opowieści o nich, a to naprawdę wielka szkoda.

Czy fakt, że dorastała Pani wśród różnych kultur, zdecydował o zainteresowaniu światem?

Nie, bo jak się urodziłam, to nie było już ani Żydów, ani prawosławia. Powojenny świat stał się jednorodny, wieloetniczność pozostała jedynie we wspomnieniach, dla mnie głównie w opowieściach babci, także nieco w architekturze, albowiem wokół rynku zachowały się kamieniczki żydowskie, które połączone są takimi samymi, bardzo rzadkimi, łukami jak te jerozolimskie. Przetrwał jeszcze kirkut, teraz nieco odnowiony. Macewy zostały oczyszczone, częściowo wprowadzone w mur cmentarza. Ale kościoły są już wyłącznie katolickie.

Jak zatem wyglądało dorastanie w jednorodnym już Międzyrzecu?

Niestety moje dzieciństwo było bardzo trudne, nie mogę go zaliczyć do najlepszego okresu mojego życia. Nie miałam praktycznie domowego wychowania, ponieważ mój ojciec wcześnie zginął, a matka musiała pracować, żeby utrzymać rodzinę. Zajmowała się prowadzeniem herbaciarni z nielegalnym wyszynkiem i praktycznie cały czas była zajęta. Mną w tej sytuacji opiekowała się babcia, ale tak naprawdę wychowywałam się sama, w szkole, przez lektury.

Nie miała Pani kontaktu z prawdziwym Podlasiem, z ludźmi znad Bugu?

Ależ oczywiście, że miałam. Wyjeżdżałam na wakacje do cioci, do wsi Żerocin, gdzie współżyłam z naturą. Dla zabawy wiązałam snopki lnu, wspinałam się na brzozy i się z nimi kołysałam, chowałam się w łubinie, wtedy moja ciocia bardzo się denerwowała, bo łubin podobno usypia. Uwielbiałam wiśnie, którymi obrośnięta była zagroda, chodziłam na grzyby i na wyprawy do lasu. Być może wtedy zaczęły się moje wędrówki.

Studia sinologiczne, które do dziś uznawane są za egzotyczne, były początkiem tej wędrówki?

Zawsze ciągnęło mnie do poznawania nowych kultur i nauki. Po sinologii skończyłam historię sztuki. Zresztą do dzisiaj się uczę, bo jak się człowiek nie dokształca, nie rozwija, to nawet nie stoi w miejscu, ale się cofa. Każda podróż niezwykle mnie wzbogaca i sądzę, że w podróżach skończyłam kilka fakultetów: geografię, religioznawstwo, etnografię, archeologię, nawet trochę ekonomii i filozofii. Neruda napisał taki piękny wiersz: „Umiera powoli, kto nie podróżuje, nie czyta książek, nie słucha muzyki, kto nie obserwuje, kto nie rozmawia z nieznajomymi”. Z całego serca staram się żyć według jego wskazówek.

Zawsze ciągnęło mnie do nauki. Po sinologii skończyłam historię sztuki. Każda podróż niesamowicie mnie wzbogaca i sądzę, że w podróżach skończyłam kilka fakultetów: geografię, religioznawstwo, etnografię

W szkole udało się Pani przeskoczyć dwie klasy. Zdając na studia, miała Pani 16 lat – to naprawdę niewiele. Jaka Elżbieta przyjechała do Warszawy?

Dziewczyna z Podlasia, biedna, zakompleksiona, w jednym płaszczyku, w jednej spódniczce i bluzeczce. Na szczęście dostała akademik. Miała 275 zł stypendium. To nie były duże pieniądze. Dopiero na czwartym roku wyjechałam na sześć tygodni do Chin. Tam, niestety, umarł mój promotor, profesor literaturoznawca. Po powrocie musiałam kończyć pracę pod kierunkiem językoznawcy klasycznego, który nie znał języka chińskiego. Pisałam pracę pod tytułem „Elementy biograficzne w twórczości Ju Ta Fu”. Musiałam przeczytać całą jego twórczość, wszystkie dzienniki, a potem przetłumaczyć to na polski. Po sinologii nie mogłam jednak dostać pracy, więc zdecydowałam się studiować historię sztuki.

Przedtem jednak imała się Pani różnych prac, kompletnie niezwiązanych z językiem chińskim.

Odkurzałam książki w bibliotece UW, wypożyczałam je w Parku Kultury, pracowałam trochę w Ciechu, w klubie PAX-owskim Maraton, ale potrzebny mi był prawdziwy zawód. Zawsze interesowała mnie historia sztuki, więc nawet wtedy, kiedy dostałam propozycję pracy w miesięczniku „Chiny”, powiedziałam: dobrze, pod warunkiem że będę mogła studiować. Oni się na to zgodzili. Pracowałam przy Senatorskiej, niedaleko uniwersytetu. Poszłam na drugi rok, uzupełniłam materiał i zwieńczyłam studia połączeniem historii sztuki i sinologii, bo tematem kolejnej pracy magisterskiej była „Moda na chińszczyznę w Polsce XVIII w.”.

Dziewczyna z Podlasia przeniosła się również do Chin, innej kultury.

Z każdym miesiącem i rokiem zainteresowanie nie tylko Chinami, lecz także Azją się pogłębiało. Na studiach dowiedziałam się, że istnieje taki kraj jak Kambodża, a w nim takie wspaniałe zabytki, jak Angkor Wat. Kiedy zobaczyłam go na zdjęciach, zamarzyłam, że kiedyś tam pojadę. Ale wtedy nawet marzyć nie było po co. Po 30 latach dotarłam jednak do Angkor Wat i zrealizowałam marzenia, których zalążek sięgał sinologii. Jednak Elżbieta z Podlasia przeniosła się przede wszystkim do Warszawy, do innego świata. PRL nie był tylko smutny i przaśny. Jako studenci mieliśmy różnorodne zainteresowania, pasje i mogliśmy je realizować. Śpiewałam w chórze uniwersyteckim, chodziłam do klubów filmowych, na konfrontacje teatralne. Były STS, filharmonia, arsenał, inne wystawy. Malarstwo i rzeźba stały wtedy na wysokim poziomie. Z Międzyrzeca, z tego Podlasia, gdzie nic się nie działo, tylko nauka i wyprawy na wieś, wkroczyłam nagle do wielkiego świata kultury.

Wracała Pani w rodzinne strony?

Wracałam, dopóki miałam tam rodzinę. Potem mama umarła, babcia przeniosła się do córki w Grudziądzu. Międzyrzec jawił mi się wówczas jako inny, ciepły, swojski, ale już nie mój. Nawet znajomości z dzieciństwa nie przetrwały. Ponieważ zajęłam się sztuką, przyjaciół mam głównie wśród artystów, krytyków sztuki, podróżników.

Dziś jest Pani częstszym gościem w Międzyrzecu niż za czasów studenckich?

Do Międzyrzeca wracam. Mam tam przyjaciół, także honorowe obywatelstwo miasta, które mnie zobowiązuje. I wystawy w miejscowej Galerii ES. Zatrzymuję się zwykle w Tęczowym Folwarku w Krzymoszycach, u mojego przyjaciela Leszka Sokołowskiego. Czasami zdarzają się jakieś spotkania, opowiadam o świecie. Mój przykład pokazuje, że można stąd pójść w świat. Z małego prowincjonalnego miasta. Zwiedziłam przecież prawie całą kulę ziemską.

Inspiruje Pani młodych międzyrzeczan do podróży?

Podróżowanie jest teraz znacznie łatwiejsze dla młodych ludzi, świat jest otwarty, nie ma problemu z paszportem, pieniądze można zarobić. Najważniejsze to chcieć i być konsekwentnym. Nie zrezygnować po drodze. Kiedy po raz pierwszy jako dziennikarz jechałam do Meksyku, płynęłam trzy tygodnie statkiem handlowym. Na trzy miesiące miałam ledwie 180 dolarów, za które zwiedziłam wszystko, o czym marzyłam. Oszczędzałam nawet na wodzie, spałam w klitkach po dolarze za dobę. Ale byłam szczęśliwa, czułam się wyróżniona.

Opowieści o Pani podróżach dla wielu osób brzmią jak z kosmosu.

Możliwe. To były czasy ciężkie, ale też piękne. W drodze do Meksyku cierpiałam na chorobę morską. Na szczęście na duchu podtrzymywały mnie przyjazne dusze: swoim śpiewem baryton z Odessy i spirytystka, z którą wywoływałyśmy łaskawe duchy. Przez wiele lat jeździłam sama i dawałam sobie radę z bardzo małą, jak się to dzisiaj mówi, kasą.

Po raz pierwszy płynęłam do Meksyku trzy tygodnie statkiem handlowym. Na trzy miesiące miałam 180 dolarów. Oszczędzałam na wodzie, spałam w klitkach po dolarze, ale byłam szczęśliwa

Przez siedemnaście lat była Pani żoną dziennikarza Andrzeja Dzikowskiego. Rozstali się Państwo jednak i spotkała Pani Tony’ego Halika.

Obydwu moich mężów wspominam ciepło. Byli dobrymi mężami. Z Tonym połączyła mnie wspólna pasja. Andrzej też podróżował, był korespondentem w Moskwie, ale ja nie miałabym co tam robić. Tony’ego ciągnęło dalej, w świat. Razem mogliśmy spełniać swoje marzenia.

A przy okazji pokazywać Polakom świat. Jak wpadli Państwo na pomysł „Pieprzu i wanilii”?

Chcieliśmy pokazywać świat, który był wówczas zamknięty. Tony był korespondentem amerykańskiej sieci NBC, ja też dostałam paszport. Mogliśmy jeździć i otwierać okno na ten daleki świat. To było nasze posłanie. Jeździliśmy za własne pieniądze, pokazywaliśmy nie tylko te zabytki, lecz także życie na co dzień. Powstało około trzystu filmów.

Skąd się wzięła nazwa programu?

Nazwy się zmieniały. Najpierw było: „Tam, gdzie pieprz rośnie”, potem „Tam, gdzie rośnie wanilia”, „Tam, gdzie pachnie eukaliptus”, „Tam, gdzie kwitną migdały”, w końcu zabrakło nam koncepcji i zostało „Pieprz i wanilia”.

Niektórzy mówili, że Tony to pieprz, a Pani wanilia.

Nie lubię wanilii. Wolę imbir, pieprz, czosnek, w ogóle nie lubię słodyczy. Tony widział w Stanach programy prowadzone przez małżeństwo podróżników. Wiedział, że chcę robić filmy, był świetnym operatorem. Ja wymyślałam tematy, a on je realizował.

Czy ma Pani poczucie, że już poznała cały świat?

Skądże! Ciągle podróżuję. W zeszłym roku byłam na południu Chin, na północnym wschodzie Indii. Teraz interesują mnie głównie plemiona, czyli świat, który odchodzi. Globalizacja dociera wszędzie. Nasze wzory są powielane na krańcach globu i nic w tym dziwnego, bo każdy chce mieć lepiej. Szkoda jednak, że zanika tożsamość. Jeżdżę po odległych krainach, w których ona jeszcze nie do końca zaginęła, ale jest zagrożona, chcę ją udokumentować. Tę różnorodność i w pewnych elementach zbieżność kultur starałam się pokazać w albumie „Uśmiech świata”, w planie mam „Drzwi i okna świata”, „Fryzury i nakrycia głowy” oraz „Świat, który odchodzi”. Obecnie pracuję nad „Biżuterią świata”.

Czy ta globalizacja nie jest etapem ewolucji, której świat podlega od zarania dziejów?

Rzymianie i Grecy też rozprzestrzeniali swoją kulturę, ale teraz dzięki mediom ten proces postępuje znacznie szybciej i ma większy zasięg. Trzeba mieć naprawdę dobrą politykę kulturalną, żeby zachować tożsamość w tym zglobalizowanym, nowoczesnym i zamożnym świecie. Udaje się to Norwegii. Do końca życia nie zapomnę inauguracji opery w Oslo, której architektura jest inspirowana lodowcem. Zdumiało mnie, że ponad połowa gości, a wśród nich ministrowie, artyści i ludzie szeroko pojętej kultury, przyszła w strojach regionalnych. Minister rybołówstwa z mężem, Lapończycy, czy jak oni wolą Samowie, przyszli także w tradycyjnych ubiorach. To było wzruszające. Aż 90 proc. kobiet norweskich ma w swoich szafach stroje regionalne i wkłada je na wesela, do opery, na przyjęcia. Uważam, że kultywowanie tradycji to najważniejsza sprawa. Bo to ona właśnie pozwala nam zachować naszą tożsamość.

Czy Norwegia, Szwecja, kraje skandynawskie nie są taką Krainą Bugu Północy?

Kraina Bugu może być taka, jeśli się o to postaracie, zachęcicie do tego, żeby kultywować tradycję.

Polacy zdają się to coraz lepiej rozumieć. Kiedy wszyscy niemal z obowiązku jeżdżą do Egiptu, elita zwraca się ku Polsce.

Ci, których na to stać, nasycili się Egiptem, Marokiem i jeszcze odleglejszymi krainami. Dobrze jest poznawać własny kraj. Właśnie to było moim celem, kiedy zaczęłam pisać cykl przewodników po Polsce zatytułowanych „Groch i kapusta”. Miałam nadzieję, że skoro Polacy mieli do mnie zaufanie z powodu programu „Pieprz i wanilia”, który gromadził przed telewizorami w porywach 18 mln widzów, uwierzą mi, że Polska też jest ciekawa i warto ją zwiedzać. Kiedy jeżdżę na spotkania lub wyprawy po Polsce, miło mi spotykać rodaków z moimi subiektywnymi przewodnikami. Zawsze pytają, kiedy wyjdzie następny.

No właśnie, kiedy?

To nie taka prosta sprawa. Do wszystkich miejsc, o których piszę, dotarłam osobiście, wszystkie zdjęcia zrobiłam sama, sama też rozmawiałam ze wszystkimi bohaterami kolejnych rozdziałów. To robota duża, ale pożyteczna. Nie tylko praca, ale pasja, a nawet posłanie.

Nie miała Pani nigdy ochoty zająć się Bugiem i rodzinnymi stronami?

Ochotę mam, tylko czas jeszcze na to nie przyszedł. Do tej pory interesowały mnie regiony mniej mi znane i bardziej związane z moją profesją historyka sztuki. Częściowo jednak spenetrowałam już dorzecze Bugu. Byłam i w Wyszkowie, i w Kodniu, i w niedalekiej Grabarce. Do Bugu wpływa też rzeka, nad którą się urodziłam, Krzna. Stanowiła niegdyś granicę pomiędzy Koroną a Wielkim Księstwem Litewskim. Ja się urodziłam po stronie Litwy.

Kiedyś jako pierwsza pokazywała Pani Polakom wielki świat. Czy teraz, kiedy w „Grochu i kapuście” pokazuje Polskę, też czuje się Pani pionierką?

Tak naprawdę wyszło sporo przewodników po Polsce, ale wiele z nich jest czysto informacyjnych, bez osobistej refleksji, bez przeżycia. Doszłam do wniosku, że trzeba zrobić coś innego, żeby były to też książki do czytania. Miło mi, że jak jestem zapraszana na spotkania do bibliotek, okazuje się, że do tych książek ustawiają się kolejki. Ludzie wypożyczają je nie po to, by od razu jeździć po kraju, ale po to, by je po prostu czytać, bo znają te okolice i chcą uzupełnić wiadomości, albo najzwyczajniej w świecie chcą poznać inne regiony Polski. Bardzo cieszy mnie fakt, że moje książki mają być nagrane, będą audiobookami, to na pewno przyda się w podróży wielu osobom, można ich będzie słuchać, np. podczas jazdy samochodem do opisywanego przeze mnie celu. Cały czas myślę o wydaniu jeszcze jednej książki o Polsce, mogę zapewnić, że na pewno znajdzie się w niej rozdział o niepowtarzalnej Krainie Bugu.

Rozmawiali: Karolina Kowalska i Daniel Parol | Fot. Bartek Kosiński

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *