Droga 816

Sto sześćdziesiąt sześć kilometrów, pięć przejść granicznych, sześćdziesiąt jeden mostów. Krzyże z jedną lub dwoma belkami, czasem jeszcze z czerwoną gwiazdą. Cerkwie i kościoły.

Przestrzeń na mapie, którą kroczyli katolicy i prawosławni,żydzi i Tatarzy, unici i protestanci. Każdy kilometr trudniejszy od poprzedniego, ale odkrywający przed podróżującym coś Nowego. Niedziela, 5.38. Na zewnątrz lipcowy poranek, gruba rosa na trawie. Patrzę na nawigację i myślę o czasach, kiedy podróżując, posługiwano się tylko kierunkami stron świata. Dziś w elektronicznym pudełku zapisane są drogi i trakty, o których istnieniu nie mamy pojęcia. Tym razem pudełko trafi a do schowka. Tutaj jestem u siebie.

Ruszam na Wschód, wśród pofałdowanych łąk i pól z dywanami rżyska. Mijam sosnowe lasy i leszczynowe zagajniki, a gdzieniegdzie pozostałości dawnych chałup z gospodarstwami, po których jedyną widoczną pamiątką są drzewa owocowe. Przydomowe sady dziś nikomu niepotrzebne, dziko owocują z nadzieją na przypadkowe zbiory.

Jazda we wschodnim kierunku, szczególnie o świcie, stanowi nie lada wyzwanie. Poranne słońce oślepia każdego, kto próbuje dostać się do tej części świata. Z głową uniesioną wysoko i mrużąc oczy, mijam pogrążone jeszcze we śnie wioski i miasteczka. Mimo że tak różne, wszystkie mają wspólny element, który niemal naturalnie je ze sobą łączy. Przy niskich drewnianych domach, najczęściej tuż za płotem, stoją ławki. Każda wyjątkowa i każda z własną historią. Drewniane, metalowe, z okuciami, coraz częściej z obiciem, niczym wygodne fotele na przydrożnej ekspozycji. Z formy bardzo podobne, ale każda pełni inną funkcję. Ich niepisana hierarchia znana jest tylko miejscowym. Są ławki ważne i okolicznościowe, męskie i damskie, dla młodych i starych. A wszystkie stanowią swoisty punkt spotkań i obserwacji. To wioskowe punkty odniesienia, w których codziennie na nowo wyjaśnia się zawiłą rzeczywistość.

Przejeżdżając obok takiego obserwatorium, wystarczy tylko się skłonić, a rozmowa cichnie, by za chwilę powrócić w postaci pytań i dociekań: który to z dalekich krewnych sąsiada lub od lat niewidziany wnuk Kraciuków, Adamiuków czy Demianiuków przyjechał właśnie do wsi. Instytucja ławki jest jak ateńska demokracja. W większościowy sposób klaruje otaczający świat i nadaje mu nowe, swojskie znaczenia.

W niedzielny poranek ławka zyskuje nowych gospodarzy. Bohaterowie nocy rozsiadają się na niej wygodnie, zakładają noga na nogę i z odpalonymi papierosami bez filtra zaczynają kolejny dzień. O poranku, bardziej od ustalania znaczeń rzeczywistości, interesuje ich powrót do niej. Dwa głębokie łyki na czczo i mocny papieros sprawiają, że świat nabiera większej realności.


 

Terespol, 1 km. Wot blać, woskrasjenie

Kilka minut po siódmej docieram do Terespola. Tu droga 816 zaczyna swój bieg. Mijam terminal kolejowy, który jeśli akurat nie przyjmuje żadnego transportu, sprawia wrażenie nikomu niepotrzebnego. Niedziela to dzień magiczny. Obroty wskazówek zegara zwalniają absolutnie do niezbędnego minimum. Miasto, uśpione całotygodniowym trudem, wybudzi się ze snu dopiero przed południem, a na razie na drodze do przejścia granicznego mijam tylko wozy na białoruskich blachach.

Na przejściu też spokój. Od czasu do czasu jakiś samochód jedzie w stronę granicy, by tuż przed nią skręcić do miasta. Tylko nieliczne ją przekraczają. Obserwując fenomen granicy, mam wrażenie, że jej idea pomyślana jest w kategoriach systemu arytmetycznego: liczba jednostek za i przed szlabanem musi zawsze być równa. Jeden samochód na wschód, jeden na zachód, celnicy natomiast jak rachmistrzowie pilnują, żeby rachunek zawsze się zgadzał.

W przygranicznej restauracji śniadaniowy zestaw z kawy i jajecznicy na bekonie. Przy jedynym zajętym stoliku siedzi dwóch tęgich typów. Pierwszy w pstrokatym T-shircie i spodniach w kancik, drugi w koszulce polo i nieodzownej dla obywateli ze Wschodu czarnej skórze. Przysłuchuję się prowadzonej równocześnie w dwóch językach żywiołowej dyskusji, którą po chwili kończy lekceważące machnięcie ręki. Typ w skórze wyciąga paczkę czerwonych marlboro. Dwa głębokie wdechy, połowa wypalonego papierosa ląduje w grubej kryształowej popielnicy. Po kilku nerwowych spojrzeniach w moim kierunku jego wzrok nabiera blasku. Równie szybko przez bar przelatuje pytanie: – Ruski?

Zastanawiam się, jak to szło po rosyjsku: – Niet, Poliak. Blask niknie z twarzy Białorusina równie szybko, jak się na niej pojawił. Rozmowę kończy głośne: – Wot blać, woskrasjenie.

 

Kostomłoty, 12 km. Koniec świata

Opuszczam najbardziej znane na wschodniej granicy przejście graniczne Terespol – Brześć. Jedne z pięciu, które będę miał dziś okazję obserwować. Kręcę się po mieście, szukając wjazdu na 816, by po kilku minutach odnaleźć przydrożny słupek, a na nim dwie tabliczki: „816” i „0” oznaczające początek drogi. Po kilku kilometrach dość prostej i jednostajnej drogi skręcam w lewo do wsi Kostomłoty. Jeszcze kilka zakrętów i wyłoni się drewniana ciemnobrązowa budowla – cerkiew św. Nikity, siedziba jedynej w Polsce parafi i greckokatolickiej obrządku bizantyjsko-słowiańskiego. Tuż przy cerkwi przycupnęła parterowa plebania z drewnianym gankiem. Za chwilę pojawia się na nim brodata postać w czarnym T-shircie, z dwoma wielkimi kluczami w dłoni.
– To ilu ksiądz ma tu wiernych?
Wszystkich ich jest 146. To znaczy zadeklarowanych. Bo jak chodzę po kolędzie, to pytam: kto jesteś? No i tak odpowiadają, jak im pasuje.
– Do kościoła dużo przychodzi?
– Na mszy będzie ze 40 osób, jak wszyscy dojadą. Zimą kilkanaście. Widzi pan, ta, co ma najdalej, zawsze jest, a inne… Raz chodzą do kościoła, a raz do cerkwi. Jak komu pasuje.

Dziś podwójna panachida, więc powinno być więcej ludzi.
– A młodzież i dzieci?
– Na katechezie jest siedmioro dzieci. Tutaj młodzież nie ma świadomości, kim jest. Jak jest starsze pokolenie, to coś tam jeszcze tłumaczy, ale jak ich zabraknie, to i kościoła pewnie nie będzie.
– A jak się żyje nad Bugiem? Chyba dobrze? Cisza i spokój.
– Nic pan nie mów! Jest cisza i spokój, ale perspektyw nie ma. Tam Bug i granica, a w drugą stronę też wszystko daleko. Tu już taki koniec świata.
Przed świątynią pojawia się coraz więcej osób, a i proboszcz co chwila przypomina, że za chwilę msza.
– Z Bogiem. Dobrej drogi.


 

Kodeń, 20 km. Niedzielna turystyka

Przy drodze pola kukurydzy. W radiu coraz więcej białoruskich stacji, a na wyświetlaczu telefonu mieni się nazwa wschodniego operatora. Granica w tym przypadku nie ma żadnego znaczenia. Dojeżdżam do Kodnia, miejsca kultu tutejszej Matki Boskiej. W centrum miasteczka barokowa bazylika i sanktuarium. W bazylice, jak zwykle, grupy wycieczek lub pielgrzymów oprowadzanych przez przewodników. Na zewnątrz młodzież i starsi, którzy nie są w stanie nadążyć za grupą. Ci, którzy właśnie ukończyli zwiedzanie bazyliki, oblegają tłumnie sklep z dewocjonaliami i pamiątkami.

Tuż za murami bazyliki kompleks stawów i przystań Sapiechy, a za nimi boisko i korty. Strudzeni pielgrzymi przysiadają na przykościelnych ławkach. Rzewna melodia telefonu komórkowego i …– Jadzia? Jadziu, przyjedźcie na drugie. My jeszcze w Kodniu, ale jak tak blisko, to my jeszcze do Terespola pojedziem. Dam ci jeszcze Tereskie, bo ja do kościoła muszę zobaczyć. – Elektroniczny hymn w bazylice oznajmia godzinę 10.00. Czas w drogę do Jabłecznej.

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.