Miejsca

Bug rzeczy (nie)małych

„Wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet. Trzymając w ręku kamyk zielony, patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle”.

Jest dokładnie tak jak w piosence śpiewanej przez Marylę Rodowicz. Siedzę w pociągu. Bez biletu, bo wpadłam na Centralny w ostatnim momencie. W końcu nie każdego dnia muszę wstawać przed piątą rano – mój wielorasowiec o arystokratycznym imieniu Fabio też budzi się później. Nie martwię się, że złapie mnie konduktor – nowe przepisy pozwalają na zakup biletu „na pokładzie”. Oczywiście zapłacę dziesięć złotych frycowego, ale co tam! Pociąg, na szczęście nie jest „byle jaki” – wnętrze eleganckiej TLKi zrealizowane według nowoczesnej koncepcji open space. Nie ma zatem przedziałów tylko, miękkie, lotnicze fotele rozstawione w rozsądnych odległościach, tak że pasażerowie mogą spokojnie wyciągać nogi bez obaw o potrącenie sąsiada. Czeka mnie luksusowa podróż…

Good bye City

Za oknem znikają ostatnie bloki stolicy i za chwilę widzę już drzewa. To las – patrzę na niego zdziwiona, że tak po prostu sobie stoi i rośnie. Że w ogóle istnieje. Długo nie opuszczałam miasta. A teraz jadę na wschód, aby spędzić niedzielę nad Bugiem. Nie mieści mi się to w głowie. Podobnie chyba jak innym pasażerom. Obserwuję kobietę w eleganckim kostiumie, która paznokciem umalowanym zapewne drogim, reklamowanym jako superwytrzymały, lakierem hybrydowym stuka nerwowo w klawiaturę laptopa.

— Zawiesił się! — wzdycha ciężko. — Znowu! — upija łyk kawy z kubka opatrzonego logo marki będącej obecnie en vogue w świecie biznesowym stolicy. Napój tej firmy od razu określa twój status materialny – jak ją pijesz, to znaczy, że masz „kasę”, bo cena espresso, americano czy latte jest wysoka. Przesadnie.

— Robota na niedzielę? — pytam.

— Tak. W korporacji nie mamy weekendów. To znaczy… teoretycznie mamy, bo nie trzeba przychodzić do biura, ale ja mam na głowie kilka projektów i muszę je skończyć w terminie. Jak nie – kilka młodszych przebiera już nóżkami w oczekiwaniu na moje miejsce. Kobiecie po czterdziestce nie jest lekko – za długo już tam pracuję…

— Nie liczy się Twoje doświadczenie?

— Żartujesz? Teraz najważniejsza jest świeżość spojrzenia, szybkość działania. A więc młode wilki górą!… Muszę się zresetować, bo już nawet sesje u „sajko” nie pomagają… Bardzo liczę na ten weekend w domu…

— Jesteś z Siedlec? — dopytuję. — Z Urli. To takie letnisko nad Liwcem, wiesz?

— Wiem, że Liwiec to najdłuższy, lewobrzeżny dopływ Bugu — chwalę się przyswojonymi z przewodnika informacjami.

Rozpoczynający się koniec tygodnia, choć w terenie, zapowiada się jednak pracowicie – mam zebrać materiał do reportażu o weekendzie właśnie nad Bugiem.

— Skoro jesteś dziennikarką, to może Cię zaciekawi, że pierwszych letników ściągnąć miał do Urli lokalny młynarz. Gdy spłonął biedakowi młyn, on się nie załamał, tylko postanowił utrzymywać rodzinę z wynajmu domu. Jak zaprowadził gości w „nasze” lasy sosnowe – dzięki nim Urle mają fantastyczny mikroklimat – i, przede wszystkim nad rzekę, tak się zachwycili, że zaczęli polecać miejscowość znajomym. Zgodnie z inną wersją lokalnej legendy, walory wypoczynkowe wsi spopularyzowali lekarze wojskowi z carskiego garnizonu stacjonującego w Jadowie. Ale to historia sprzed niemal półtora wieku. Dziś w Urlach stoi sporo należących do warszawiaków domów – tych nowej daty i starych, drewnianych z werandami – właśnie my taki mamy! Uwielbiam go. Tak jak lubię wyskoczyć na plażę – w weekend nie można tu wbić szpilki – albo na rower, bo dorobiliśmy się fajnych szlaków w okolicy. Mamy też targi staroci w każdą trzecią niedzielę miesiąca od maja do września – znalazłam tam na przykład piękny wazon z kutego szkła z Huty Hortensja. Prawdziwe cacuszko z okresu międzywojennego za głupie 20 złotych!

— A jakby ktoś chciał zaznać trochę samotności, to dokąd może się udać? — wracam do zasadniczego wątku rozmowy. — Takich zakątków jest w okolicy wiele. Mam takie magiczne miejsce w zakolu, które odkryłam jako mała dziewczynka. Siadam na korzeniu drzewa i obserwuję rzekę… Odnoszę wrażenie, że zmywa ze mnie cały ten warszawski stres…

Ściskam w ręku, nomen omen, zielony kamyk. A właściwie koralik na rzemyku oplatającym przegub prawej dłoni. Dostałam go na szczęście od sąsiadki-plastyczki. Ja też liczę, że Bug mnie zresetuje, że znajdę skuteczne remedium na totalne zmęczenie zawrotnym tempem życia w stolicy.

Pan Mareczek

Jedziemy wzdłuż Liwca do Bugu. Przydałaby się terenówka, bo osobowym skazani jesteśmy na szosę znacznie oddaloną od brzegu rzeki. Mój „mistrz kierownicy”, a zarazem szalony fotoreporter z wielu frontów, również wojny w Afganistanie, Bartek postanawia jednak za wszelką cenę dotrzeć nad Liwiec.

Na zmurszałej ławeczce przed przypominającym PRL-owski GS sklepem „z mydłem i powidłem” w Starejwsi widzimy człowieka popijającego piwo. Pytamy o drogę, a on od razu się ożywia:

— Ja Was zawiozę, to znaczy pokażę — poprawia się, bo przecież to Bartek siedzi za kierownicą. — Mareczek jestem — dodaje i bez pytania ładuje się na tylne siedzenie samochodu.

Wbrew moim obawom okazuje się dobrym przewodnikiem, bo po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Wysiadamy, a ja czuję zapach pobliskiego lasu iglastego, który ustępuje miejsca łące. Po środku meandruje zwolna Liwiec. „Zupełnie jak u Wachowicz” – przypominam sobie dawną lekturę „Malw na lewadach” mojej ulubionej pisarki, „Basi z Podlasia”. Jej dziecięce zabawy, już wtedy czerpiące z historii Polski i bardzo patriotyczne, miały miejsce właśnie gdzieś tutaj. Pisze autorka: „To Janusz jako Zbyszko z Bogdańca wiódł nas na krzyżackie hordy przez gęstwinę starodrzewu zwaną Grodziskiem i kryjącą podobno ruiny jagiellońskiego zamczyska, a na pewno – oddziały AK. To Janusz jako hetman Czarniecki dla ojczyzny ratowania ciskał nas w leniwie płynące wody Liwca”.

W Liwcu wszystko pływa: okonie, płocie, szczupaki. Nawet… kobiety!

Zaprzyjaźnionej z moją rodziną Basi zawdzięczam pierwsze wspomnienie z Podlasia, z pielgrzymki do Sanktuarium Matki Boskiej Kodeńskiej odbytej gdzieś zaraz po zakończeniu stanu wojennego. Widzę ją, jakby to było wczoraj, odzianą w charakterystyczne fiolety, jak nad brzegiem Bugu wyciąga rękę z dwoma palcami rozstawionymi na znak victorii. Po drugiej stronie rzeki są już Sowieci… A dziś Białoruś. Wracam do rzeczywistości.

Oprócz nas nie ma żywego ducha, tylko kilka miejsc po wypalonych ogniskach wskazuje, że jest to raczej uczęszczane miejsce. Wydaje się takie zwyczajne, a jednocześnie niezwykłe w swojej prostocie. Absolutną ciszę przerywa delikatny plusk.

— W Liwcu wszystko pływa: okonie, płocie, szczupaki. Nawet… kobiety! — informuje nas pan Mareczek. „To byłby najlepszy slogan reklamowy tej rzeki” — myślę rozbawiona.

Baczki na boczku

Zatrzymujemy się w Baczkach – 3 km od „głównej”, nadliwieckiej szosy przy budowanym właśnie, betonowym à la dworku. Sporo zobaczymy podobnych również nad Bugiem – wypierają stare, już niemodne, drewniane domy. Uprzejma gospodyni pozwala nam wjechać na posesję – wielohektarowy ogród z nowoczesną stodołą i sadem na tyłach. Alicja Sęk w niczym nie przypomina tradycyjnej, wiejskiej kobiety – jest ubrana raczej „po miejsku”, w spodnie.

— Na niedziele gotuję obiad i to wystarczy! — deklaruje zapytana o plany na koniec tygodnia. — Córki, lat dwanaście i osiemnaście, jadą nad Liwiec spotkać się z koleżankami i kolegami, a ja – na ploteczki albo poczytam sobie. Niech by ktoś ode mnie coś chciał! — dodaje bojowo.

Szekspir w Łochowie

Do Łochowa trafiamy trochę przypadkowo – i od razu na imprezę, a właściwie tuż przed nią. Błądząc po 13-hektarowym, pełnym starych drzew parku otaczającym XIX-wieczny pałac należący ongiś do Zamoyskich, natykamy się na mężczyznę, który okazuje się Panem Młodym. Nazywa się Piotr Włodawiec z Sokołowa i dziś wieczorem będzie brał ślub – cena za wesele 99 zł od osoby, od 220 zł do 790 zł za nocleg. Ale rodzinę wyraźnie stać na wydatek, co widać już po markowych, choć noszonych bez charakterystycznej dla nowobogackich ostentacji, ubraniach: koszulach Tommy’ego Hilfigera czy okularach od Prady.

— Moja dziewczyna jest miejscowa. Znamy się pięć lat — informuje w telegraficznym skrócie Piotr, bo już wybranka, niczym szekspirowska Julia wychyla się z apartamentu w Oficynie – wraz z Pałacem pełniącej dziś funkcję hotelową. — Wieczorem, po ceremonii w kościele może puścimy w powietrze lampiony? — uśmiecha się do nas trochę nieprzytomnie mężczyzna i biegnie do machającej na niego narzeczonej.

A my jeszcze chwilę przechadzamy się śladami Norwida, który w Łochowie bywał częstym gościem, podziwiamy pięknie odrestaurowane budynki Wozowni i Kuchni, odkrywając przy okazji, że nowożeńcy po szaleństwach weseliska wśród pałacowych marmurów będą mogli zrelaksować się w spa & wellness. Na koniec zaglądamy do rzeczonej świątyni – zabytkowego kościółka z I poł. ubiegłego stulecia pw. Miłosierdzia Bożego, również należącego do pałacowego kompleksu. Na usta same cisną się słowa: „I nie masz piękniejszej krainy jak ta ziemia, gdzie Mazowsze z Podlasiem ślub bierze, a wstęgą małżeńską im Liwiec płynący”. Napisał je Jan Paweł Woronicz w czasach, gdy będąc jeszcze proboszczem w Liwie, nie śniła mu się godność Prymasa Królestwa Polskiego, jakiej miał z czasem dostąpić.

Brok palce lizać

W Broku postanawiamy zjeść obiad w przydrożnym zajeździe „Kormoran”. Wybór dań w karcie zaskakuje rozmaitością, w tym ofertą potraw z ryb, jak się okazuje świeżych. Barszczyk za dwa złote też ugotowano z buraków, a nie z torebki. Im dalej od Warszawy, tym zawartość mięsa w mięsie pewniejsza, a i porcje zdecydowanie większe niż te w stołecznych restauracjach VIP-ów, co bywają tak „very sophisticated”, że ich na talerzu trzeba szukać. Z lupą.

— Zatrzymuje się u nas w weekend sporo gości z Białegostoku, ale i Warszawy — kelnerka okazuje się dosyć rozmowna. — Nawet ostatnio ten aktor z „M jak Miłość” grający Irka — chwali się.

Nasyceni schabowym z „zacnymi” ziemniaczkami i „bukietem surówek” zaglądamy dwie posesje dalej, do „Bindugi”. Pięciohektarowy kompleks wypoczynkowy, na skraju Puszczy Białej i Nadbużańskiego Parku Krajobrazowego rozciąga się malowniczo na skarpie nad rzeką. Poszczególne zabudowania przypominają stary skansen.

— Na miejscu organizowane są ogniska. Na gości czekają kajaki, kort tenisowy, podobno też dania z dziczyzny przyrządzane według staropolskich przepisów, ale my bazujemy na domowym prowiancie — mówi Artur Kałuski z Mińska Mazowieckiego, nocujący w „Bindudze” pod namiotem. W tygodniu tyra w budowlance, na niedzielę zabiera rodzinę „w przyrodę”.

— Do koników, do kózek! Tatusiu! — pięcioletnia Maja i chodząca już do szkoły Kinga podskakują wokół ojca niecierpliwie, a gdy ten kiwa głową przyzwalająco – puszczają się pędem w nieznaną nam stronę. Bartek dogania je dopiero przy zagrodach, gdzie wdzięcznie pozują przy zwierzątkach będących dodatkową atrakcją ośrodka.

Na stalowych rumakach

Po drodze do Drohiczyna mijamy parę na motorze. Ubrana od stóp do głów w czarną skórę, dosiada wypasionej, srebrzącej się yamahy. Jest tak stylowa, że koniecznie chcemy dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Gdy kobieta zdejmuje kask, wysypują się spod niego blond włosy. Mirka jest seksowną, zadbaną czterdziestką. Z noszącym na szyi zabawną bandamkę w trupie czachy, mocno zbudowanym Ryśkiem przyjechali aż z Gdańska. Na weekend.

— Podróż z nad morza zabrała nam zaledwie sześć godzin — uśmiecha się mężczyzna dziarsko. — My zawsze aktywnie spędzamy wolny czas: tenis ziemny, kajaki i, oczywiście, motory. Należymy do Business Motor Group Komandor — wyjaśnia.

— Komandor od szaf? — upewniam się. — Właśnie tak. Nasz klub zajmuje się popularyzacją turystyki motocyklowej. Organizujemy wyjazdy zagraniczne. Najczęściej jednak spotykamy się w niedzielę na spływach kajakowych Nurcem. Imprezę kończymy we wsi Wojtkowice-Dady, gdzie Nurzec wpływa do Bugu. Nasz szef ma tu letniskowy dom, więc wieczorem bawimy się przy grillu.

Gdy zaglądam potem do Internetu, znajduję wiele fantastycznych ofert agroturystycznych na tym terenie za kuszącą dla warszawiaka cenę od 20 zł od osoby za noc! A okolica jest, bez przesady, bajeczna, gdyż sołectwo Wojtkowice-Dady znajduje się w granicach Obszaru Chronionego Krajobrazu „Dolina Bugu i Nurca” i sąsiaduje z Nadbużańskim Parkiem Krajobrazowym.

Drohiczyn sentymentalnie

Docieramy do Drohiczyna i od razu kierujemy się na prom. Na ruską stronę, która dziś istnieje już tylko z nazwy, bo życia tam nie ma. Ale było. Z pięciu cerkwi w Drohiczynie pozostała już tylko jedna. Po lackiej stronie. Żydzi też tu mieszkali. Przed wojną. Ale to historia na znacznie poważniejszy artykuł o wielowiekowym współistnieniu kultur na tych terenach i ich bezpowrotnym przemijaniu… Żydów woził przez Bug tratwą ojciec 78-letniego dziś Zbigniewa Nielipińskiego, który kontynuuje rodzinną tradycję:

— Poprzedni prom był drewniany. Ten niby piękniejszy, ale metalowy, cięższy i trzeba więcej gibać — wyjaśnia z pięknym, kresowym zaśpiewem. „Gibie” się specjalną „łapką”, czyli drewnianym drągiem z wcięciem, o które zaczepia się przerzuconą przez rzekę linę i w ten sposób prom się posuwa. Moim zdaniem – bardzo ciężka robota. Zwłaszcza jak na pokładzie, oprócz pieszych, znajdują się dwa samochody. Ale dla takich mieszczuchów jak ja – urozmaicenie i atrakcja. Podobnie jak pocztówkowy widok z promu na oświetlony promieniami zachodzącego słońca Zespół Klasztorny Franciszkanów stojący na wysokiej skarpie.

— Na koniec tygodnia mamy dużo chętnych na przejazd – w ostatnią niedzielę odnotowałem aż 55 samochodów! — starszy pan pokazuje mi zeszyt wypełniony datami i liczbami. — Bo w Warszawie to takie życie z bunkra do bunkra, jak mi powiedział jeden gość od Was. To jest z domu do pracy i nazad. Więc oni tu przyjeżdżają na świeże powietrze, jest cisza i spokój — dodaje. — I komary ich pogryzą, jak trzeba — dorzuca z szelmowskim uśmiechem Ola Chyckowska, która płynie z nami przez rzekę. Wydatną pierś opina koszulka z prowokacyjnym napisem „Nas pięknych jest mało”.

— A jak chcą się pobawić, to do Siedlec, do „Bohemy” – na super dyskotekę!

– Kiedyś to nawet Daniel z nami jechał! — snuje tymczasem wspomnienia pan Zbigniew. Chodzi mu naturalnie o Daniela Olbrychskiego, który ma swój dom w Drohiczynie.

Marzenie Madzi B.

Z Siedlec są dwa młode małżeństwa obozujące na dziko pod namiotami po ruskiej stronie, nad samym brzegiem Bugu. Zgłodniali, w minutę pochłaniamy z Bartkiem zaproponowane nam kiełbaski z ogniska. Chrupiąca, lekko przypalona skórka przypomina czasy szkolnych wycieczek…

— Przyjeżdżamy na ten brzeg praktycznie w każdy weekend. To najtańsza forma wypoczynku, a okolica jest raczej bezpieczna. Mamy ze sobą cały prowiant, a dzieciaki mogą taplać się w rzece. I ryby fajnie biorą! — opowiadają.

Nocleg spędzamy w nastrojowym pensjonacie „Cichy Bug”, pełnym rzeźb autorstwa samego właściciela, który okazuje się zdolnym samoukiem. Nazwa jest jak najbardziej właściwa, bo mojego snu nie mąci żaden dźwięk – dopiero poranne pianie koguta. Niedzielę zaczynamy z Panem Bogiem. Jak tutejsi mieszkańcy, którzy już o 8.30 wypełniają tłumnie barokowy kościół pw. św. Trójcy stojący przy rynku. Zaledwie kilka „babuszek” modli się natomiast po drugiej stronie placu, w cerkwi prawosławnej pw. św. Mikołaja Cudotwórcy. Mnie jednak ten pozornie jednostajny głos batiuszki dobiegający gdzieś zza bezcennego ikonostasu bardziej skłania do modlitwy i zadumy niż „nasza” msza święta. Zastanawiam się, gdzie podziała się moja siła wiary z 1999 roku, która właśnie tu w Drohiczynie pozwoliła na dotarcie poprzez kordony służb porządkowych do samego biskupa Chrapka i przekonanie go, aby włączył do procesji z darami składanymi Ojcu Świętemu małą Madzię Buczek od Podwórkowych Kółek Różańcowych. Nikt wtedy nie pomyślał, że to dziecko, tak dzielnie stawiające czoło straszliwej chorobie – wrodzonej łamliwości kości, i przez to skazane na zawsze na wózek inwalidzki, marzy tylko o jednym, aby spotkać się z papieżem, aby On jej dotknął. I udało się, a my, dziennikarze na zwyżce prasowej płakaliśmy ze wzruszenia, bo Jan Paweł II właśnie z Madzią rozmawiał najdłużej i przytulił ojcowskim gestem. Dziewczynce jeszcze kilkakrotnie dane było spotkać się z papieżem. Po latach wybrała studia dziennikarskie…

W rynku wabi nas niewielka kawiarenka „Bajeczna”. Mam ochotę na poranną kawę, ale za namową właścicielki wybieram lody – po 1,50 kulka! Dawno nie widziałam takiej ceny za równie niebiański w smaku deser.

— U mnie nie ma sztucznej sypki. Wszystko przygotowuję z produktów naturalnych – trzymam 60 kur. Mam znakomite mleko. Siła doświadczenia i receptura będąca sekretem rodzinnym od trzech pokoleń — wyjaśnia Alicja Markiewicz, energiczna staruszka dyrygująca lokalem od 50 lat. — Moja babcia miała kawiarnię w stolicy, na Pelcowiźnie – dziś Żeraniu i też robiła lody. A drugi sklep, z futrami, na Pańskiej. Ja również urodziłam się w Warszawie. Gdy wojna nam wszystko zabrała, wyjechaliśmy na wieś, a od 1962 roku mieszkam w Drohiczynie. Interes średnio się teraz kręci, bo większość turystów woli lepiej zagospodarowane Siemiatycze.

Góra Zamkowa

To chyba nie do końca prawda, bo na Górze Zamkowej spotykamy sporo przyjezdnych, w tym zakochanych. Sądząc, że ich nikt nie widzi – całują się w najwyższym miejscu nowo wybudowanego z pieniędzy unijnych punktu widokowego. Stąd jak na dłoni rozciąga się zakole Bugu w otulinie gęstych lasów. Bartek robi sesję zdjęciową „naszej” parze, czyli Sylwkowi i Anicie, narzeczonym z Wyszkowa.

— Latem, ale i w niedzielę ruszamy w różne kierunki — tłumaczy Sylwek. — Generalnie w Polskę, bo najpierw trzeba dobrze poznać własny kraj, nim pojedzie się dalej. Nad Bugiem jest tyle ciekawych rzeczy do zobaczenia, a my pasjonujemy się historią, więc koniecznie chcemy dotrzeć do bunkrów Linii Mołotowa i na Grabarkę.

Eklektyczna Wólka

Podobnie jak grupa rowerzystów z Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, których spotykamy dalej na naszej drodze. Skrycie im zazdroszczę, bo jako zapalona amatorka dwóch kółek sama wskoczyłabym na siodełko, ponieważ tutejsze, dobrze oznaczone szlaki, wiodące w większości leśnymi duktami prowadzą w fascynujące, a niekiedy zaskakujące miejsca. Nas jeden z nich wyprowadza nagle do Eternite Spa & Wellness w Wólce Nadbużnej – ukrytego wśród borów luksusowego ośrodka przypominającego nietypową bryłą architektoniczną trzy dawne dworki szlacheckie sklejone w całość. Eklektyczne wnętrza stanowią kombinację komnat zamkowych, pałacowych i nowoczesnego hotelu oferującego 56 pokoi. Prywatny inwestor wyraźnie dąży do, jak to się mówi w żargonie branżowym, zdywersyfikowania oferty. Przy przystani cumują kajaki, łódki, a nawet „imprezowy” katamaran z barkiem. Miłośnicy jazdy w siodle niezależnie od wieku mają do dyspozycji konie i kuce. Podobno można nawet zamówić sobie wycieczkę balonem. A w hotelu są kręgielnia i spa. Mimo że reprezentujemy media – sauny, basen i grotę solną możemy obejrzeć tylko w Internecie. Przede wszystkim bowiem liczy się spokój wypoczywających gości. Takich ośrodków dla zamożniejszych powstaje teraz nad Bugiem coraz więcej (przy czym ceny i tak są znacznie korzystniejsze niż w miastach czy na zachodzie lub południu kraju), podobnie jak tańszych hoteli, które czekają na weekendowiczów.

Konie za dewizy

Stadnina w Janowie Podlaskim, a właściwie w odległej od niego o 2 km miejscowości Wygoda to ostatni punkt naszego weekendowego objazdu. Od dawna marzyłam, aby zobaczyć z bliska konie, na które arabscy szejkowie są gotowi wydawać miliony. Ale pierwsze, co rzuca się w oczy, to gromady dzieci – dosłownie dziesiątki szkrabów w gondolowych wózkach, spacerówkach czy jeszcze nieporadnie poruszających się na krótkich nóżkach. Zastanawiam się, czy rzeczywiście w Polsce mamy kłopot z przyrostem naturalnym…

Wszystkie te maluchy piszczą i krzyczą z emocji, wyciągając łapki w kierunku ogrodzonych drewnianymi balami pastwisk, na których pasą się konie.

Wszystkie te maluchy, niezależnie od wieku, piszczą i krzyczą z emocji, wyciągając łapki w kierunku ogrodzonych drewnianymi balami pastwisk, na których pasą się konie. Wystarczy, że ktoś podejdzie do ogrodzenia, a już dorodny arab z wolna, jakby od niechcenia przybliża się z drugiej strony, wyciągając elegancką głowę o wyczesanej grzywie. Czarne jak Karino z serialu dla młodzieży czy koń Zorro, brązowe, mlecznobiałe i białe przesuwają się przed oczyma zachwyconych spacerowiczów jak na pokazie haute couture. Łaskawie dają się pogłaskać i poklepać po umięśnionym zadzie, gdzieniegdzie zachlapanym błotem po rozkoszach tarzania się w mokrej trawie – pastwiska są tak rozległe, że te królewskie zwierzęta mogą się na nich cieszyć niemal nieograniczoną wolnością. Prawdziwym dolce far niente umilanym jeszcze przez turystów, którzy karmią konie przyniesionymi w siatkach jabłkami i marchwią czy zerwaną trawą albo liśćmi – teraz rozumiem dlaczego sąsiadujące z pastwiskami drzewa i żywopłoty są tak „obsmyczone”, sprawiając wrażenie zaniedbanych. W przeciwieństwie do zabytkowych, lśniących bielą i czystością stajni – najstarsze z nich „Czołowa” z 1841 roku i siedem lat starsza „Zegarowa” zaprojektowane zostały przez samego Henryka Marconiego i nadal są używane.

Jak rodzice „spuszczą” tu swoje dzieci, to później mają spokój, bo te się wyszaleją za wszystkie czasy.

— W niedziele jest u nas pełno — informuje mnie pani w sklepiku z pamiątkami. — Jak rodzice „spuszczą” tu swoje dzieci, to później mają spokój, bo te się wyszaleją za wszystkie czasy. Najwięcej emocji budzi popołudniowe zaganianie do stajni – to prawdziwe widowisko — dodaje. Rzeczywiście, gdy sześćdziesiąt koni cwałuje przez pastwisko, wzbijając wokół siebie tumany kurzu, odnoszę wrażenie, że znalazłam się na planie filmowym i za chwilę, wśród tej masy spoconych grzbietów wychyli się głowa Kmicica, a może Wołodyjowskiego? Siła setek kopyt uderzających w klepisko jest tak potężna, że ziemia trzęsie się jak podczas kataklizmu. Po chwili, gdy za ostatnim zadem zatrzaskują się wysokie wrota, zapada cisza.

— Widziałaś? Widziałaś te konie? — zapyta mnie potem Bartek przejęty, bo gdy ja śledziłam całą scenę zza parkanu, on wspiął się na jakiś budynek po lepsze ujęcia.

Kamyk zielony

Na piaszczystej drodze między delikatnie kołyszącymi się łanami złotej pszenicy stoi… Chris Botti.

Wracamy już do Siedlec. To eufemizm, bo w rzeczywistości pędzimy niemal na złamanie karku, abym mogła zdążyć na pociąg powrotny do Warszawy. Dlatego, gdy nagle miga mi po prawej stronie figurka człowieka pośród pól grającego na trąbce, biorę to za jakiś omam. Dopiero biegnące w ślad za obrazem dźwięki muzyki sprawiają, że krzyczę do Bartka: Stop! Zawracamy z piskiem opon. Wzrok mnie nie mylił: na piaszczystej drodze między delikatnie kołyszącymi się łanami złotej pszenicy stoi… Chris Botti. To oczywiście pierwsze skojarzenie, bo grający mężczyzna z daleka łudząco przypominał włoskiego trąbkarza. Miałam prawo ulec złudzeniu, bo komu przyszłoby do głowy, że może spotkać na podlaskim polu kogoś grającego kultową „Kołysankę” Komedy z filmu „Dziecko Rosemary” Polańskiego? A jednak – Mateusz, bo tak nazywa się nasz bohater, jest uczestnikiem Międzynarodowej Letniej Szkoły Muzyki Tradycyjnej, organizowanej od kilkunastu lat przez Fundację Muzyka Kresów w Łukowiskach koło Janowa Podlaskiego. Impreza ma charakter międzynarodowy – wykładowcami są wybitni pedagodzy z naszego kraju i z zagranicy.

Znów ściskam w ręku mój kamyk zielony – weekend nad Bugiem pozostanie w mojej pamięci na długo.

Tekst: Anna Kłossowska | Zdjęcia: Bartek Kosiński

Przejrzyj zawartość Więcej
Chcę kupić ten numer Zamów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *